Thursday, August 25, 2016

Szef koszykówki USA do reszty świata: „Zaczniecie coś wreszcie grać?”


Po dwunastu latach sprawowania rządów w NBA Basketball, prezydent organizacji Jerry Colangelo rzuca wyzwanie koszykarskiemu światu: „Musicie się poprawić, nie szukajcie wymówek!”

Dobry zespoł... ale nie Dream Team

NBA Basketball, organizacja zajmująca się występami koszykarskimi narodowej drużyny Stanów Zjednoczonych, przeszła w 2004 roku generalne przemeblowanie. Po fatalnych igrzyskach w Atenach (trzy porażki w turnieju, brązowy medal), odbyła sie cała seria poważnych rozmów, by – jak to ujął Colangelo – „nie było więcej takich kompromitacji”. Trenerem został poważany przez wszystkich Mike Krzyżewski, Amerykanie wygrali trzy kolejne Igrzyska, nie mając sobie równych także w mistrzostwach świata. Wszystko w porządku? Niekoniecznie, bo kiedy Kevin Durant i jego koledzy odbierali złoto w Rio, Colangelo mówił dziennikarzom: „Jestem za tym, żeby podnosić poprzeczkę dla światowej koszykówki. Powinna wzbudzać zainteresowanie wszystkich, bo jest sportem numer 2 na świecie. Ale najpierw wszystkie pozostałe reprezentacje muszą się szybko pozbierać, podwyższyć swój poziom gry”.

Drużyna narodowa USA nie była w Rio „Dream Teamem”. To był solidny zespół złożony z bardzo dobrych graczy i jednej gwiazdy (Kevin Durant). W Brazylii nie było koszykarzy numer 1 (LeBron James) i 2 (Steph Curry) światowej koszykówki, nie pojechali do Rio - z różnych względów - James Harden, Russell Westbrook, Anthony Davis, Chris Paul czy Blake Griffin. Jak wyglądałyby mecze zespołu, który złoty medal wygrał różnicą 30 punktów, gdyby Krzyżewski miał do dyspozycji każdego z nich? Pomimo, że jego zespół  był  w Rio dwukrotnie mocno naciskany przez rywali (trzypunktowe zwycięstwa nad Serbią i Francją w fazie grupowej), działacze innych reprezentacji twierdzili, że Amerykanie powinni... trochę odpuszczać.

Powinniście grać 4 na 5...

Mówi Colangelo: „Jeden z działaczy  powiedział do mnie „Powinniście grać w czwórkę!”. Odparłem: „Nie, może raczej inne zespoły powinny zacząć wreszcie nawiązywać z nami równą grę”. Nie będę nikogo przepraszał za naszą dominację. Pomagamy światowej koszykówce przez 50 lat, nauczyliśmy świata tej gry. Nauczyliśmy trenerów. Popatrzcie na liczbę zagranicznych graczy w NBA czy zespołach uniwersyteckich. Chcemy podwyższenia poziomu!”.


W Stanach nie mówi się o powrocie do pomysłu wystawiania na igrzyska drużyny złożonej tylko z graczy uniwersyteckich. „Nie ma takiej opcji” – powiedział jeden z szefów Chicago Bulls. „To tak, jakby nie wysyłać na igrzyska Phelpsa czy Ledecky... bo są za dobrzy”. Wszystko wskazuje na to, że zespół przygotowywany na Tokio 2020, będzie nawet lepszy od tego w Rio. Nowy trener – uznawany za najwybitniejszego w NBA – Gregg Popovic, już dostał nieformalne zapewnienia gry od Jamesa, Curry’ego, Damiana Lillarda czy Kawhi Leonarda. Drużyna USA wygrała złoty medal w Rio, pokonując rywali przeciętną różnicą 22,5 punktów. To mniej więcej tak, jakby w turnieju piłkarskim, mistrz przeszedł turniej wygrywając w każdym meczu 4:0 lub więcej. Szansa na to, że apele Jerry Colangelo coś zmienią za cztery lata, jest niewielka.   

Molina o walce Wildera: „Wielka klasa wygrać jedną ręką!”



“Na tym poziomie, wygrać z kimkolwiek praktycznie jedną reka, to wielka sztuka. Deontay Wilder (37-0, 36 KO) zrobił to, od połowy walki bijąc prawie wyłacznie lewym prostym. Mam jednak  wrażenie, że już podczas naszych sparingów przed walką z Arreolą, z tą prawą reką championa nie było najlepiej” – mówi doskonale znany polskim kinicom Eric Molina (25-3, 19 KO), główny sparingpartner mistrza świata WBC, który obronę zielonego pasa przypłacił dwoma kontuzjami, wygrywając przez TKO w ósmej rundzie z  Chrisem Arreolą ( 36-5, 31 KO).
-  Eric: jak szybko zdałeś zobie sprawę, że Wilder będzie musiał wygrać walkę boksując tylko lewym prostym?
Eric Molina: Zaraz po czwartej rundzie, kiedy wygladało na to, że skończy Chrisa. Nie wiem dokładnie kiedy, czy podczas nokdaunu, czy chwilę potem, tuż przed końcem rundy, jakoś źle trafił Arreolę. Został mu tylko lewy prosty. Przestał bić kombinacjami, nie używał swojej najsilniejszej broni, bo uderzenie z prawej ma potwornie silnie. Ale, że jest znakomitym atletą, wystarczyła jedna ręka. Na tym poziomie, wygrać z kimkolwiek praktycznie jednym rodzajem ciosów, to wielka sztuka. Ale ta kontuzja była chyba wcześniejsza...
- Skąd takie przypuszczenie?
EM: Z doświadczenia. Nie bił prawą tak często jak zawsze już podczas naszych sparingów w Alabamie. Miałem wrażenie, że oszczędza prawą rękę. Być może już czuł jakiś ból. Chyba – to moje zdanie – walczy zbyt często. Pięć walk w wadze ciężkiej w ciągu 18 miesięcy? To chyba przesada. W którymś momencie organizm  musi odpocząć. Nie jesteśmy robotami. Szkoda tej kontuzji, bo to na pewno odsunie dalsze walki Deontay’a w obronie tytułu. Wątpię by wyszedł w tym roku na ring. 
- Arreola rozczarował?
EM: Nie robił tego, o czym tak wiele mówił. Miał – według tego, co opowiadał w wywiadach – robić to, co ja. Ale nie doskakiwał, nie bił prostych ciosów. Nie robił  ogólnie zbyt wiele na ringu, a tak nie można się bić z Deontay’em – on musi być zajęty. Nie wiem też, czy do końca czy słuszna była decyzja narożnika Arreoli by przerwać walkę. Z jednej strony Wilder dominował, ale z drugiej wiadomo było, że coś jest nie w porządku z jego ręką. Może trzeba było spróbować jeszcze jednej rundy, pójść na całość? Niby Arreola nie protestował, ale może Chris wolałby skończyć  walkę na plecach, a nie przez poddanie? Ja bym wolał.
- Jak z twoimi dalszymi planami? Słyszę, że bliższy walki z Anthony Joshuą jest Bermane Stiverne. A liczyłeś na Anglię.
EM: Jestem gotowy do wyjścia na ring – widać to było choćby po sparingach z Wilderem. Mój promotor też o tym wie. Przyznam, że wolałbym bić się poza USA. Czytałem, że Szpilka twierdzi, że jest jedynym polskim bokserem, który mógłby mnie pokonać, ale... nie wiem czy nasze drogi się skrzyżują. Ja nie miałbym problemu wyjść z nim na ring – zwłaszcza, że musi pamiętać, że podczas naszych sparingów też nie byłem w pełni zdrowy. Nie chcę tracić czasu na czekanie na rywala. Polsce jestem coś winien – pewnie nawet obniżyłbym swoją cenę, gdyby walka miała sens. Mariusz Wach jest bardzo zajęty? Inni polscy pięściarze wagi ciężkiej? Nie ma chętnych poza Arturem?   


Rio – telewizyjna porażka za 12 miliardów dolarów?



Kiedy w czerwcu Steve Burke, dyrektor wykonawczy NBCUniversal opisywał swój „olimpijski koszmar Rio”, mówił o tym, że „budzi się, a oglądalność Igrzysk spadła o dwadzieścia procent”. Rzeczywistość dla firmy, która zapłaciła za prawa do pokazywania letnich i zimowych igrzysk do 2032 roku 12 MILIARDÓW dolarów, jest jeszcze gorsza.

Źle, a będzie gorzej

Im dłużej trwały Igrzyska w Rio, tym kraj, który zmiażdżył konkurencję w klasyfikacji medalowej (121 medali, w tym 46 złotych, drugie w klasyfikacji Chiny - 70 medali, 27 złotych) mniej interesował się rozgrywaną raz na cztery lata imprezą. W porównaniu do ostatnich igrzysk w Londynie, w Stanach Zjednoczonych, sport pokazywany na żywo, w dobrych godzinach antenowych, ogladało w tej najważniejszej grupie wiekowej (18-48 lat) aż 25 procent mniej widzów.  Ostateczne wyniki mogą być jeszcze gorsze, bo ostatnie dwa dni Rio przyciągnęły przed telewizory najmniejszą liczbę oglądających – tylko 14 milionów kibiców. Analitycy przewidują, że dalej będzie znacznie gorzej. Następne igrzyska odbędą się w  Tokio – różnica czasu (trzynaście godzin do Nowego Jorku) sprawiać będzie, że wiekszość najważniejszych imprez zaczynać się będzie dla Amerykanów w środku nocy. Tego już nikt nie będzie oglądał. Podobnie jak igrzysk zimowych 2018 roku, w koreańskim Pyeongchang.

Igrzyska dla starych - czas na olimpijskie PPV?

W odróżnieniu od NBC, które postawiło na igrzyska, inne wielke korporacje telewizyjne (ABC, CBS, FOX) zapłaciły wielkie pieniądze za prawa do zawodowych lig USA i po raz pierwszy na wielką klubową piłkę nożną – ligi niemieckie, angielskie, włoskie plus rozgrywki pucharowe. „Igrzyska olimpijskie są interesujące dla starszej generacji. Młodsza ma inne sportowe zainteresowania... i nie siedzi przed telewizorem, tylko wykorzystuje informacje z innych mediów” – piszą analitycy biznesowego „Bloomberg News”. NBC zdawało sobie z tego sprawę, oferując ponad sześć tysięcy godzin przekazu dostępnego w przekazie internetowym i kasując reklamodawców o 50 procent więcej niż w Londynie. Niczego to nie poprawiło, bo ze względu na niską oglądalność, NBC było zmuszone dawać część reklam za darmo, by wypełnić zobowiązania liczbowe wobec klientów.

Przedstawiciele NBC  twierdzą, że na Rio zarobią więcej niż zarobili cztery lata temu w  Londynie (120 mln). Od około 180 mln dolarów zysku (takie są dane szacunkowe) do odrobienia 12 wydanych miliardów droga jest jednak bardzo długa. Nieoficjalnie pisze się, że wszystko zmierza ku tak nielubianemu przez kibiców systemowi pay-per-view. Zamiast szukać na dziesięciu kanałach plus internecie tego, co chcesz oglądać, dostaniesz przed igrzyskami możliwość wyboru dokładnie tego, co chcesz zobaczyć – imprezy  dostarczone do TV czy laptopa dokładnie wtedy, kiedy chcesz. Oczywiście nie za darmo. Żadne igrzyska takiego Super Bowl, który w lutym 2016 roku oglądało w USA ponad 112 milionów kibiców zawody na bieżni czy na basenie nie dościgną, ale... może przynajmniej będzie się je opłacało pokazywać.


Na luzie o Rio: które stworzenia wygrałyby z Boltem?

Dramatów i nerwowych minut na igrzyskach w Rio nikomu  z nas nie brakuje. Biznesowy „Forbes” postanowił rozluźnić nieco atmosferę, publikując tekst porównujący szybkość Jamajczyka Usaina Bolta... z szybszymi od niego zwierzakami.

Autorka, pani Shaena Montanari jest paleontologiem, specjalizującym się w biologii porównawczej. Za (na razie) sześciokrotnego złotego medalistę olimpijskiego w sprintach wzięła się porównując jego najlepszy czas na 100 metrów (9,58 sek na mistrzostwach świata 2009 roku w Berlinie) i osiągnięta przeciętną szybkość (43,4 km/h). „Usain jest na pewno najszybszym człowiekiem  na świecie, ale z tymi stworzeniami nie miałby większych szans” – pisze w „Forbesie” dr Montanari. Jest przy okazji podróż w daleką przeszłość:


  1. Struś: Żaden ptak nie biega szybciej – struś potrafi biegać z szybkością ponad 69 kilometrów na godzinę, będąc przy tym nieprawdopobnie wytrzymały. Z badań wynika, że struś potrafi przebieg 16 kilometrów (10 mil), utrzymując przeciętną szybkość przekraczająca 48 km/h! Sprawdziłby się więc zarówno jako sprinter, jak maratończyk.
  2. Kompsognat (compsognathus): jeden z najmniejszych (wielkości indyka) był jednym z najszybszych – jeśli nie najszybszym - dinozaurem. Symulacje komputerowe sugerują, że kompsognat potrafił biegać z szybkością ponad 64 km/h. Ze znacznie bardziej niebezpiecznym welociraptorem (37 km/h) Usain nie miałby problemów. Gdyby potrafił przenieść się do okresu jury, jakieś 75 mln lat...
  3. Greyhound: pies, który jest hodowany dla szybkości. Do końca XIX wieku, greyhoundy wykorzystywano przede wszystkim jako psy myśliwskie, później  głównie jako  psy  przygotowywane na tory wyścigowe. Szybkość maksymalna: 69 km/h.
  4.  Roztocz (drobny pajęczak lądowy). Coś spoza „normalnego” pomiaru szybkości. Gdyby przyjąć mierzenie szybkości w porównaniu do rozmiarów, to roztocz nie ma sobie równych. Odmiana żyjąca w południowej Kalifornii, potrafi pokonać 322 długości swojego ciała w czasie jednej sekundy! Dla porównania – gepard, najszybsze zwierzę na planecie Ziemia (oficjalnie zmierzona maksymalna szybkość – 103 km/h!) – na sekundę pokonuje „tylko” szesnaście długości swojego ciała. Gdyby wspomniane przeliczenia przyjąć w obliczaniu szybkości człowieka, musielibyśmy biegać... 2092 kilometry na godzinę!

Głos kibica: Najlepszy P4P? Gołowkin!



Zawsze kontrowersyjny, kiedy układany przez dziennikarzy podział na najwybitniejszych pięściarzy świata bez podziału na kategorie wagowe, doczekał się nowej opcji. Tym razem fachowy Fightnews.com zaprosił do głosowania fanów pięściarstwa. Kibice nie mieli żadnych wątpliwości – Giennadij Gołowkin!

Na przygotowanej do głosowania liście, znalazło się dziewięć nazwisk: Canelo Alvarez/Meksyk, waga lekko średnia,  (47-1, 33 KO), Andre Ward/USA, waga półciężka (29-0, 15 KO), Roman Gonzalez/Nikaragua, waga musza (45-0, 38 KO), Siergiej Kowaliow/Rosja, waga półciężka (30-0, 20 KO), Terence Crawford/USA, waga junior lekka (29-0, 20 KO), Wasyl Łomaczenko/Ukraina, waga junior piórkowa (6-1, 4 KO), Giennadij Gołowkin/Kazachstan, waga średnia (35-0, 32 KO), Guillermo Rigondeaux/Kuba, waga junior piórkowa (17-0, 11 KO), Keith Thurman/USA, waga półśrednia (27-0, 22 KO).

Spośród wymienionych nazwisk, w pierwszych trzech dniach głosowania aż 44 procent wszystkich głosów padło na „GGG” – pięściarza, który w ciągu trzech lat wyrósł na jedną z największych gwiazd światowego boksu. Po wyprzedaniu w ciągu jednego roku hal Madison Square Garden w Nowym Jorku oraz The Forum w Los Angeles, Gołowkin potrzebował zaledwie jedenastu minut, by sprzedać komplet biletów w londyńskiej O2 Arena. „Nie ma znaczenia, gdzie i z kim walczy GGG. Kibice wiedzą, że dostaną show, że Giennadij wychodzi na ring, nie po to, żeby wygrać, tylko żeby nokautować.  Przed Gołowkinem kimś takim był tylko Mike Tyson” – mówi promotor Kazacha, Tom Loeffler.

Po Gołowkinie, walka o kolejne miejsca w  kibicowskim P4P (pound for pound) jest bardziej zacięta. Roman Gonzalez (14 proc.), Andre Ward (13 proc.) są jednak zbyt daleko by zagrozić pięściarzowi, który równie często się uśmiecha, jak nokautuje.

P4P – The Ring i ESPN

Dwa najbardziej znane dziennikarskie podsumowania pięściarzy bez podziału na ketegorie wagowe, to zestawienia magazynu „The Ring” oraz ESPN. Zwracając uwagę na fakt, że w żadnym z nich nie ma pięściarza walczącego w wadze ciężkiej, zapraszam do przyjrzenia się temu, jak głosują dziennikarze piszący o boksie:

The Ring: 1. Roman Gonzalez, 2. Siergiej Kowaliow, 3. Giennadij Gołowkin, 4. Andre Ward, 5. Terrence Crawford, 6. Guillermo Rigondeaux, 7. Wasyl Łomaczenko, 8. Canelo Alvarez, 9. Shinsuke Yamanaka, 10. Naoya Inoue


ESPN: 1. Roman Gonzalez, 2. Giennadij Gołowkin, 3. Siergiej Kowaliow, 4. Andre Ward, 5. Canelo Alvarez, 6. Terrence Crawford, 7. Guillermo Rigondeaux, 8. Timothy Bradley Jr., 9. Juan Francisco Estrada, 10. Miguel Cotto 
 

Sunday, June 5, 2016

“Tę ostatnią walkę przegrywa każdy z nas” – zmarł Muhammad Ali






“W wieku 74 lat, w szpitalu w Phoenix w Arizonie, zmarł legenadarny mustrz świata wagi ciężkiej. Oszedł od nas Muhammad Ali” –  nota od rzecznika prasowego rodziny legendarnego pięściarza pojawiła się nocą z piątku na sobotę na czołówkach amerykańskich agencji prasowych. Nie tylko sportowych bo Ali zmienił nie tylko pięściarstwo, ale także oblicze Ameryki burzliwych lat 70. Tę ostatnią walkę przegrywa każdy z nas” – powiedział o śmierci Muhammada Ali jego były promotor, Bob Arum.  Cześć pamięci Największego Wszech Czasów.



Nie ma  sportowca w Stanach Zjednoczonych, którego nazwisko wywoływałoby więcej emocji. Od złotego medalu igrzysk olimpijskich w Rzymie w 1960 roku, wywalczonego przez wtedy jeszcze 18-letniego Cassiusa Clay’a zwycięstwie nad Zbigniewem Pietrzykowskim, przez historyczną decyzję odmówienia służby wojskowej w 1967 roku do legendarnych walk z Joe Frazierem i George Foremanem  - Ali był człowiekiem, który walczył na i poza ringiem.  



Po wygraniu 100 ze 108 walk amatorskich i zdobyciu złotego medalu w Rzymie, Ali przekonał się, że bycie mistrzem w Ameryce tamtych czasów niczego nie zmienia.  W rodzinnym Louisville oficjalnie nazywano go “naszym olimpijskim czarnuchem”, a krótko po tym, jak kelnerka odmówiła mu podania wody mineralnej, Cassius Clay miał jakoby wrzucić złoty medal do rzeki. Czy było tak naprawdę, czy jak podają inne źródła po prostu go zgubił, nie ma znaczenia - Clay przeszedł na zawodowstwo, urzekając nie tylko “tanecznym” stylem walki, ale także pewnością siebie.



Już w 1961 roku powiedział “Sports Illustrated”: “Wiekszość pięściarzy potrafi walczyć prawie tak dobrze jak ja. Tylko, że o nich nigdy nie słyszeliście”. Cztery lata po złotym medalu w Rzymie, przed walką z Sonny Listonem, świat po raz pierwszy usłyszał: “Będę unosił się jak motyl, kłuł jak osa!” Po siedmiu rundach w Miami, świat miał już nowego mistrza świata wagi ciężkiej. W rewanżu, w 1965 roku, walka z Listonem nie trwała nawet jednej rundy. Następna batalia, ta poza ringiem, była już znacznie trudniejsza.



Zainspirowany słowami Malcolma X, działacza religijnego i politycznego, w 1964 roku przestał istnieć ( “nie chcę mojego niewolniczego nazwiska”) Cassius Clay, a jego miejsce zajął Muhammad Ali. Po przejściu na Islam, podczas konferencji prasowej w 1967 roku, ze względu na swoje przekonania religijne, Ali odmówil służby wojskowej. Po fali totalnej krytyki ze strony ówczesnych władz USA, odebrano mu tytuł mistrzowski, nałożono grzywnę w wysokości dziesięciu tysięcy dolarów i skazano na pięć lat więzienia.  Przypomnijmy – Ali odmówił służby wojskowej w czasie trwania wojny w Wietnamie, a stwierdzenia “Nie mam nic przeciwko tym z Wietkongu” – zrobiły z niego wroga wielu Amerykanów.



 Muhammad Ali pozostawał przez lata postacią, którą trudno było sklasyfikować. Jego poglądy – sprzeciwiał się integracji rasowej w trakcie największego nasilenia ruchów antyrasistowskich w USA, nazywał Joe Fraziera “gorylem” – zawsze wymykały się jakiejkolwiek klasyfikacji. 



Przez trzy lata, poświęcając być może najlepsze lata swojej kariery i nawet trudno obliczyć ile milionów dolarów (w czasach, kiedy w USA dom kosztował paręnaście tysięcy), Ali pozostawał poza ringiem. “Nie mogę walczyć w Ameryce, Nie mogę wyjechać z Ameryki.  Byłem prześladowany, zanim jeszcze byłem oskarżony” – mówił Ali, kiedy Sąd Najwyższy zmienił decyzję o jego aresztowaniu.



Sportowo Muhammad Ali pozostawał ciągle kimś wielkim i praktycznie niemożliwym do skopiowania. Już skreślono go z listych wielkich po porażce w 1971 roku w Madison Square Garden (Walka Stulecia) z Joe Frazierem, i niewielu było takich, którzy wierzyli, że wróci na tron wagi ciężkiej.



Ali potrzebował trzech lat, wielu pojedynków, by pokazać jak bardzo krytycy się  mylili – i wrócić w wielkim stylu. “Rumble in The Jungle” – zorganizowana w 1974 roku walka  z George Foremanem w Zairze, pokazała pięściarskiemu światu jak nokautować broniąc się na linach. Rok później, po “Thrilla in Manilla”,  niesamowicie brutalnej, czternastorundowej walce  rewanżowej z Frazierem, padły inne już legendarne słowa: “Nigdy nie byłem tak blisko czegoś, co się chyba nazywa śmiercią” – powiedział Ali.



Mistrzem był jeszcze raz – w 1978 roku, kiedy najpierw stracił, a później odzyskał pas po walkach z Leonem Spinksem.  Kiedy przestał boksować, w 1981 roku, w wieku 39 lat, nikt nie przypuszczał, że już trzy lata później dowiemy się, że wykryto u niego chorobę Parkinsona.  Bardzo szybko było mu coraz trudniej się poruszać, prawie przestał mówić.  Kiedy Ali zapalał znicz olimpijski w Atlancie, w 1996 roku, był już tylko cieniem człowieka, który kipiał energią przez 24 godziny na dobę. “Tę ostatnią walkę przegrywa każdy z nas” – powiedział o śmierci Muhammada Ali jego były promotor, Bob Arum.



 “Ali był Największym Wszech Czasów nie dlatego, że robił nieprawdopodobne rzeczy na ringu. Za to, co robił poza ringiem, w co wierzył, czego bronił. Jest ważną przyczyną tego, czym Afro-Amerykanie są dziś w świecie sportu. Jesteśmy wolni. Możemy mieć wszystko, czego chcemy” – powiedział o Muhammadzie Ali  LeBron James. Takim go zapamiętajmy.

Colonna o rywalu Fonfary: “U niego nie ma zmiłuj. Nokautuje”






“Chętnych do tytułu  mistrza świata jest w półciężkiej tak wielu, że nie ma możliwości na wpadkę. Jedna pomyłka, potknięcie ze Smithem Jr i wypadasz z elity. Fonfara to wie” – mówi Sam Colonna, trener sklasyfikowanego na drugim miejscu swiatowej listy World Boxing Council Andrzeja Fonfary (28-3, 16 KO) przed walką z Joe Smithem Jr (21-1, 17 KO), 18 czerwca w chicagowskim UIC Pavilion, w głównej walce wieczoru transmitowanej przez ogólnoamerykańska telewizję NBC.



-          Jak przygotować sie na rywala… o którym tak naprawdę wiadomo niewiele?



Sam Colonna: Trudno, ciężko… ale nikt nie powiedział, że życie trenera i zawodnika ma być łatwe. Andrzej Fonfara dla Smitha Jr jest kimś takim samym, jak dla Księcia był Glen Johnson. Można jednym zwycięstwem zrobić sobie nazwisko. Choćby z tych dwóch powodów, dla mnie i dla Andrzeja przygotowania są nawet cięższe niż przed walkami z pięściarzami, których znamy. Zapisanych w internecine jest tylko kilka rund Smitha Jr, więc trzeba było zasięgnąć opinii moich kolegów, którzy jego walki oglądali na  żywo. To nie jest idealne rozwiązanie. Dla mnie Smith Jr to taka wersja Julio Cesara Chaveza Jr – tylko, że lepsza. Bo jest naturalnym półciężkim, naturalnym puncherem. I na pewno jest w lepszej formie fizycznej. Będzie ciekawa walka, bo mam wrażenie, że ekipa Smitha Jr tak naprawdę nie zdaje sobie sprawy z tego, jak dobry jest Fonfara.

-          Z tych fragmentarycznych wycinków walk Smitha Jr, z opinii ludzi, z którymi na jego temat rozmawiałeś – czego możemy oczekiwać 18 czerwca na ringu UIC?



SC: Nie wiemy czego się spodziewać po Joe, kiedy walka  będzie trwała dłużej, osiem czy dziesięć rund. Wiem, że ludzie którzy stoją za nim (Smith Jr jest promowany przez Joe DeGuardię z Nowego Jorku – przyp. PG) wkładają w niego dużo pieniędzy, więc muszą liczyć, że kasa im się zwróci. Czyli, że wygra z Fonfarą. Przygotowując się na Smitha Jr. mam w Chicago czterech sparingpartnerów, z których każdy spędza w ringu z Andrzejem nie więcej niż dwie rundy. Fonfara widzi przed sobą tylko świeżych i pełnych sił, walczących na pełnych obrotach. To jest odpowiedź na jedną z rzeczy, które wiemy o naszym rywalu – że zaczyna bardzo szybko, idzie do przodu od pierwszej rundy. Tak jakby to była jego ostatnia wieczerza. Smith ma mniej walk , a więcej nokautów niż Andrzej. Nie ma zmiłuj.  Nam to pasuje.

-          Jak Andrzej reaguje na takie, nieco “w ciemno”,  przygotowania? W wywiadach mówi wszystko… co powinien: szacunek dla rywala, nie biorę go lekko, itd, itp. A na treningowym ringu?



SC: Andrzej zawsze zostawia  sobie coś ekstra na walka, na treningach, nigdy nie bije na 100 procent. To wiemy. Wolę go takim, niż odwrotnie.  To, o czym mówiłem poprzednio – dlatego zawsze ma przed sobą świeżych sparingpartnerów. Doskonale wiedzą, za co im płacimy.  Mentalnie, bo rozumiem , że o to pytasz, Andrzej, im bliżej do walki, tym bardziej jest gotowy. Dla niektórych konferencje prasowe, kamery, wywiady to przeszkoda, to ich rozprasza. Andrzeja odwrotnie – to napędza, motywuje. Do tego dochodzi fakt, że on już to wszystko przechodził. On to lubi.

-          Czy zgodzisz się z moją opinią, że waga półciężka to obecnie najmocniej obsadzona kategoria wagowa? Kowaliow, Stevenson, Fonfara, Ward, Beterbijew, Braehmer, Alvarez – żeby wymienić tylko tych najbardziej znanych. Co to oznacza dla Fonfary?



SC:  Oznacza to dla Andrzeja, że chętnych do tytułu jest tak wielu, że nie ma możliwości na wpadkę. Jedna pomyłka, potknięcie ze Smithem Jr i  wypadasz z elity. Fonfara to wie. Półciężka ma wielu pięściarzy, którzy są idealnie przystosowani do walki w tej kategorii wagowej. Tak, jak Gołowkin w wadze średniej… tylko, że tam GGG nie ma rywali, a tutaj lista jest długa.  I jeszcze jedno – z tych wszystkich, których wymieniłeś, Andrzej jest najmłodszy.

-          Plan na ostatnie 18 dni przed walką?

SC: Sparingi kończymy na początku przyszłego tygodnia. To były długie, dłuższe niż zwykle przygotowania, bo termin walki się zmienił – był obóz w Kalifornii, w Teksasie, zaraz po nim sparingi. Jak zwykle, ponad dziesięć tygodni ciężkiej pracy. Fonfara to lubi, jego organizm tego potrzebuje. Walczymy w Chicago, przed naszą widownią. Nie ma innej opcji niż zwycięstwo.